Get Adobe Flash player


ARTYKUŁ W TYGODNIKU KRĄG

http://tygodnikkrag.pl/cms/index.php/artykuy/11993-czuj-si-tu-jak-w-domu

Czują się tu jak w domu

PDF Drukuj Email

W kożuchowskim Domu Pomocy Społecznej mieszka 109 podopiecznych. Historia, która ich tam zaprowadziła, jest zawsze smutna. Niektórzy trafili do DPS mocno schorowani, nieporadni, u schyłku swojego życia. Inni mieszkają tam od wielu lat i traktują to miejsce jak dom rodzinny. W DPS poznają swoją wielką miłość, biorą ślub, kandydują do rady gminy


Przejeżdżając przez Kożuchów wielokrotnie mijamy wielki park, a w nim stojący duży dom. Wiemy, że to Dom Pomocy Społecznej. Większość z nas nie chciałaby tam trafić. Boimy się samotności, odrzucenia, starości. Niewiele jednak wiemy o tym, co dzieje się we wnętrzu. Okazuje się, że wielu podopiecznym DPS żyje się tam lepiej niż w rodzinie. Choć może to się wydawać niemożliwe, po wysłuchaniu historii życia Zosi, Rajmunda, Bogusi, Marlenki i Ani, wyobrażenie o życiu w kożuchowskiej placówce nabiera zupełnie innego kształtu.
Zosia Szczepaniak porusza się na wózku. Choruje na stwardnienie rozsiane. Ma problemy z chodzeniem, mówi jednak bardzo dobrze, bez problemu porusza rękoma. Gdyby nie informacja o tym, co jej dolega, trudno się domyślić, że to akurat stwardnienie. Do DPS pani Zosia trafiła 24 lata temu. Kiedy rodzina ją przywiozła, miała zaledwie 40 lat. - Dziś mam 64 lata i nie narzekam – uśmiecha się pani Zosia. Przyznaje, że początki były trudne. Zostawiła dom, dzieci i zaczęła zupełnie inne życie, wśród obcych ludzi. Rodzina zawsze przyjeżdżała w odwiedziny, zabierała ją na święta i rodzinne uroczystości. Dziś dzieci są dorosłe i nadal cały czas odwiedzają mamę. - Początki mojego pobytu były bardzo trudne. Dom nie był przystosowany dla niepełnosprawnych, wszędzie były progi, nie było windy. Do tego budynek był zaniedbany, na podłogach stare gumoleum, brudne ściany – wspomina pani Zosia. 
Teraz, jak zauważa, dom w niczym nie przypomina tego sprzed lat. Pomieszczenia są przystosowane do chorych na wózkach, jest czysto, nowocześnie, zmieniła się też kadra pracowników. - Pani Zosia dużo ćwiczy, to pomaga w dbaniu o siebie, w utrzymaniu dobrej formy. Od kiedy przyjechała do nas przed laty, jej stan niepełnosprawności fizycznej utrzymuje się na tym samym poziomie – zwraca uwagę Ela Tać, kierownik działu opiekuńczo-terapeutycznego. Pani Zosia uśmiecha się widząc, jaką reakcję wywołał na nas jej długi pobyt w DPS. - Bo to jest mit, że tu jest źle. Ludzie się niepotrzebnie boją. Ja chodzę na ćwiczenia, dużo czytam, rozwiązuję krzyżówki, oglądam telewizję. Wolontariuszki zabierają mnie na spacer – chwali sobie życie w DPS pani Zosia. Każdy dzień ma swój rytm: śniadanie, ćwiczenia, rehabilitacja, zajęcia, obiad, czas wolny, kolacja.
Z. Szczepaniak najwięcej czasu spędza na terenie ośrodka w przeciwieństwie do Rajmunda Warzuszyńskiego. Pan Rajmund w DPS mieszka od 20 lat. Pochodzi z okolic Krosna Odrzańskiego. Wygląda na zaradnego i pewnego siebie. - Kandydowałem w tych wyborach do rady gminy. Nie udało mi się zostać radnym, ale 31 głosów otrzymałem. Zera nie było, to chyba sukces? Mieszkańcy zdecydowali kogo chcą, mamy demokrację – mówi zdecydowanie R. Warzuszyński. Dodaje, że rozdał 300 ulotek. Pan Rajmund najbardziej lubi chodzić po mieście. Rozmawia z ludźmi, został nawet wyróżniony jako „społecznik roku 2013”. Działa w ZHP i jest stale zajęty. Jednak co najważniejsze w DPS znalazł swoją wielką miłość. Pan Rajmund żartuje, że motyle im w brzuchu zaczęły fruwać, dlatego nie czekali. W domu opieki wzięli ślub, było przyjęcie, przyjechały rodziny. - Kochamy się, przyzwyczailiśmy się do siebie. Gdzie nam będzie lepiej – śmieje się pan Rajmund. W tym roku para małżonków obchodziła ósmą rocznicę ślubu.
O tym, żeby zamieszkać w DPS, pan Rajmund sam zdecydował. Kiedy rodzice żyli, był przy nich i jakoś sobie radził. Kiedy zmarli, został sam i był bezradny. - Chciałem dostać się do takiego domu, żeby nie skończyć na ulicy. Pracowałem w Spółdzielni Inwalidów w Zielonej Górze. Kiedy trafiłem do DPS, byłem na rencie. Przyjście do domu opieki było moją osobistą decyzją – zaznacza R. Warzuszyński.
Opiekunki DPS zwracają uwagę, że choć po niektórych podopiecznych nie widać choroby, to nie są w takim domu bez powodu. Jednym z takich chorych jest właśnie pan Rajmund. - Nie poradziłby sobie mieszkając sam. Tutaj o nic nie musi się martwić. Życie w DPS jest o wiele lżejsze, niż na własny rachunek – stwierdza Aldona Romanowska-Łuszcz, dyrektor DPS. Pani dyrektor zwraca uwagę, że dlatego podopieczni dobrze wyglądają. Codziennie realizują swoje pasje, bawią się, są otoczeni opieką. 
Wysoka, młoda kobieta Bogusia czeka, żeby po panu Rajmundzie opowiedzieć swoją historię. Ma ładną, spokojną twarz, kolorowe kolczyki i koraliki. Cały czas sympatycznie się uśmiecha. Po słowach pani dyrektor pamiętamy już, że nikt w DPS nie jest bez powodu. Bogusia Czapska ma 44 lata, pochodzi ze Wschowy. Do kożuchowskiego domu trafiła w 2001 r. Od początku w życiu było jej pod górkę. Była adoptowanym dzieckiem wychowywanym przez matkę. Kiedy skończyła szkołę, zaczęła pracować w spółdzielni inwalidów. Nauczyła się szydełkować. - Burmistrz Wschowy kupił ode mnie 16 wyszywanych obrazów – podkreśla z dumą B. Czapska. Kiedy mama pani Bogusi zmarła, została zupełnie sama. - Moja pani kierownik i panie z opieki bały się, że coś mi się stanie. Choruję na padaczkę i w każdej chwili mogę dostać ataku – zwierza się. Pani Bogusia dostała rentę i miejsce w DPS. - Zyskałam wielką rodzinę. Byłam sama, a teraz mam pełny dom ludzi. Jestem tutaj potrzebna – cieszy się. Opowiada, że wychodzi czasami w miasto. W Zamku maluje witraże, co wtorek śpiewa w chórze, lubi też malować konturówką i farbami. Uczestniczy w warsztatach integracyjnych, jeśli tylko są organizowane. Promuje miejscowe harcerstwo poprzez robienie plakatów informacyjnych. - Bardzo lubię harcerstwo, dobrze się tam czuję. Wyjeżdżam na obozy do Niesulic. Współpracujemy nawet z drużyną ze Szprotawy. Organizujemy różne konkursy. Ile to już dyplomów dostałam – zaznacza z przejęciem B. Czapska. Dodaje, że uwielbia organizowane przez DPS zabawy. Na ostatnim balu domów pomocy społecznej województwa lubuskiego organizowanym przez nasz Dom w kożuchowskim zamku, miała na sobie strój z lat 30, który uszykowały jej terapeutki. Ona sama bardzo długo ćwiczyła taniec lambada, specjalnie na konkurs. 
Najlepszą koleżanką pani Bogusi jest Marlena Kozak. Kiedy się odezwała swoim bardzo niskim, ciepłym głosem, nie sposób było się nie uśmiechnąć. - Nazwisko idealnie pasuje do pani głosu – żartujemy. Pani Marlena cały czas się uśmiecha. Nie czeka na pytania, od razu przechodzi do rzeczy. - Kiedy byłam malutka, rodzice zginęli w wypadku. Trafiłam do domu małego dziecka w Gorzowie. Nie pamiętam, kiedy dokładnie trafiłam do Kożuchowa. Wiem, że przenieśli mnie tu z Miłowic. Było to 20 lat temu – wspomina pani Marlena. - W jakim wypadku zginęli rodzice i jak później wyglądało pani dzieciństwo? – dopytujemy wzruszeni relacją M. Kozak. Pani Marlenie momentalnie zmienia się twarz. Już się nie uśmiecha. Usiłuje coś sobie przypomnieć. Nie jest jednak w stanie. Wycofujemy się z tego pytania, szybko przechodzimy do życia w DPS. - Tak lepiej, Marlenka ma problem ze wspomnieniami. W trakcie rozmowy może się załamać – zwraca uwagę dyrektor domu. M. Kozak rozpogadza się słysząc, że będzie opowiadała o życiu w DPS. Z rozbrajającą szczerością stwierdza, że nie wie dokładnie, ile ma lat. - Jestem 60, 61 a może 64 rocznik. Do Kożuchowa trafiłam 20 lat temu. Długo tu jestem, wszyscy się znamy, miło jest – kwituje M. Kozak. Pani Marlenka tańczy w zespole „Tęcza”, bierze udział we wszystkich imprezach poza domem. Jednak jej najważniejszym zadaniem jest wspólne z panią Bogusią sprzątanie stołówki. - To taki obowiązek i trochę ruchu – przyznaje z dumą. Uwielbia oglądać seriale na dobranoc. - Czasami przytulić się do Józka – dodaje M. Kozak. - Kim jest Józek? - dopytujemy. - A to taki mój przyjaciel. Mieszka też w DPS. Fajnie go mieć. Można pogadać, pospacerować razem, kawę wypić – oznajmia pani Marlenka. 
Kiedy przyjechała do DPS, była nowa, nikogo nie znała i przeszkadzały jej stale jeżdżące samochody. Dziś jest jej tu dobrze. - Ja się z tego miejsca już nigdzie nie ruszam. Wszystkich kocham, innych ludzi kocham i pracownice kocham – wymienia pani Marlenka. W Kożuchowie ma już swoje ulubione miejsca. Na spacer najczęściej idzie do kącika szczęścia. Tłumaczy dokładnie, gdzie to jest. Wygląda jednak na to, że to szczególne miejsce, zwłaszcza dla pani Marlenki. - Tylko na pieniądzach się nic nie znam. Nie rozumiem. No nie znam się i już. Ale panie w sklepie są miłe i mi pomagają – przyznaje M. Kozak. Nie ukrywa, że czasami w domu są jakieś konflikty, bo pokój nie tak posprzątany albo serial ktoś chce inny. - Nie zawsze się zgadzamy, ale to chyba normalne? – odpowiada pytająco pani Marlenka.
Na swoją kolej rozmowy nie mogła już się doczekać Anna Dyspolska. Była wyraźnie poirytowana, że wszyscy wyprzedzają ją ze swoimi historiami. - Ojciec mnie bił, mama umarła, siostra kazała iść do domu pomocy. Miałam wtedy 38 lat – wystrzeliła tych kilka słów w szybkim tempie. Wbiło nas w krzesła. Pani Ania kontynuuje dalej sama. - Siostra uznała, że tak lepiej, bo się o mnie bała. Nie chciała, żeby ojciec mnie bił. Wszyscy mieli rodziny, a ja zostałam sama. Najpierw 10 lat byłam w takim zakładzie, gdzie było źle – opowiada A. Dyspolska. Kiedy dostała propozycję przeprowadzki do Kożuchowa, natychmiast się zgodziła. - A kiedyś, jak jeszcze z ojcem mieszkałam, to zdenerwował mnie i mu powiedziałam, że wyjeżdżam w świat i wyjechałam. Do Gdańska dotarłam, tam morze zobaczyłam i pooglądałam miasto – zmienia temat pani Ania. Chwilę to trwa, zanim dokładnie ustaliliśmy, kiedy była w Gdańsku. Słyszymy, że spała na dworcu i że było dobrze. Widać, że była to największa wyprawa w życiu pani Ani. - Ale od lat, tutaj w DPS, jest fajnie. Kocham panią dyrektor i pani Ela jest dobra. A ojciec mnie nie odwiedzał – mówi A. Glińska. Pani Ania oprócz wcześniejszych problemów ze zdrowiem dodatkowo poważnie się rozchorowała. O chorobie nie chce mówić. - Lubię kupować wisiorki, bluzeczki i jakieś apaszki. Lubię ten dom, nie jestem sama, chcę tutaj być – podsumowuje.
Nasi rozmówcy oprowadzają nas po swoim domu. Pokazują pokoje. Jedne są dwu-, inne trzyosobowe. Wszędzie skromnie, ale schludnie i domowo. Wyposażenie jak w domu - podstawa to łóżka  lub tapczany, stoliki, półki, telewizor lub radio i swoje gadżety. Dom jest bardzo rozległy, przechodzi się wieloma korytarzami. Po drodze mijamy wielu podopiecznych. Zbliża się pora obiadu. Wszyscy powoli schodzą się do stołówki i czekają na otwarcie drzwi. Pani Bogusia i pani Marlenka, tak jak zwykle idą pomagać. Przygotowują stoły, układają sztućce, rozstawiają kompoty. - Każdy nowy się boi i jest wystraszony. Ale nie ma co się bać. Chętnie poznajemy nowe osoby. Najbardziej lubimy czas świąt, sylwestra, choinkę – stwierdza pani Marlenka.
W kożuchowskim DPS mieszka 109 podopiecznych. Każdy ma schorzenia, które uniemożliwiają samodzielne życie. W placówce ogólnie pracuje 80 osób, w większości to personel opiekuńczo–terapeutyczny. Pracownicy Domu prezentują wysoki poziom kwalifikacji z dziedziny opiekuńczo-terapeutycznej, co roku są przeszkalani w problematyce oraz kierunkach prowadzonej terapii, a także w metodyce pracy z mieszkańcami DPS.
Placówka wdraża nowe formy pracy z użyciem nowoczesnego sprzętu i urządzeń ułatwiających opiekę nad osobami niepełnosprawnymi. - Wdrażane są tutaj nowoczesne systemy w zakresie higieny ogólnej i osobistej. Podopiecznym zapewnia się różnorodne zajęcia terapeutyczne, umożliwia nieskrępowane kontakty z rodzinami i bliskimi oraz pełną swobodę w zakresie potrzeb kulturalnych i religijnych – wylicza dyrekcja DPS.
Monika Owczarek

Aldona Romanowska, dyrektorka kożuchowskiego Domu Pomocy SpołecznejTo nie jest zwykła praca

Monika Owczarek: Jest pani od lat dyrektorem kożuchowskiego DPS. Jaka to jest praca?
Aldona Romanowska-Łuszcz: To nie jest taka praca, jak każda, jest specyficzna, trzeba mieć predyspozycje. To praca z ludźmi starszymi, chorymi, mającymi swoje humory. Wielu jest nastawionych na branie. Chcą, żeby tylko nim się zajmować, zawsze zwracać uwagę, być do dyspozycji. Trochę jak rozpieszczone dzieci (uśmiecha się pani dyrektor). Trzeba umieć sobie z tym radzić. Jednocześnie my naszych podopiecznych najbardziej rozumiemy. Znamy ich historie, wiemy, jakie tematy omijać, a o czym należy porozmawiać. Wiemy też, że nikt im nie pomoże, że mają na co dzień tylko nas. 

Jaka jest rola domu, dla kogo dokładnie jest przeznaczony?
Dom jest jednostką stałego pobytu. Jest przeznaczony dla osób wymagających całodobowej opie-
ki z powodu choroby lub niepełnosprawności. Trafiają do nas osoby, którym nie można zapewnić niezbędnej pomocy w formie usług opiekuńczych. Nasza rola jest zapewnienie podopiecznym poczucia bezpieczeństwa, wolności, godności i intymności. Pomagamy w rozwijaniu talentów, zainteresowań. Pracownicy domu codzienną pracą udowadniają, że nasi podopieczni mimo choroby to osoby pełnowartościowe, zdolne do twórczej pracy, uczuć, marzeń. To osoby, którym przysługują wszystkie prawa i przywileje. Nasi mieszkańcy mogą samodzielnie opuszczać placówkę w zależności oczywiście od stanu zdrowia. Wyjeżdżają na przepustki do swoich bliskich lub wychodzą na miasto, ale wcześniej zawsze muszą odnotować swoje wyjście. Podają miejsce, w które jadą i godzinę lub datę powrotu.

Wasi podopieczni są bardzo aktywni społecznie.
Wiele osób działa w zespole tanecznym "Tęcza", harcerstwie. Niektórzy biorą udział w zajęciach kulinarnych, inni są bywalcami klubokawiarni. Popularne są też
nasze pracownie: rękodzielniczo--plastyczna, teatralno-muzyczna, techniczno-artystyczna i opie-kuńcza. Dla naszych mieszkańców jesteśmy najważniejsi. Tworzymy rodzinę, są do nas przywiązani. Staramy się, żeby ich życie tutaj było jak w prawdziwym domu, gdzie jest proza życia, ale i wyjątkowe wydarzenia. Dlatego organizujemy wycieczki, bale, konkursy, imprezy okolicznościowe. 

Kiedy się tutaj jest, można się czuć, jak w innym świecie. Czy ta praca wpływa na codzienne życie pracowników? 
Wbrew pozorom ta praca pomaga w domu. Znając trudną sytuację naszych podopiecznych jesteśmy bardziej cierpliwi i wyrozumiali dla swoich rodzin (śmiech). Wiemy też, że w życiu należy być konsekwentnym.

Wytworzył: iva
Data informacji: 2015-01-04 11:03:07
Opublikował: Roman Gała
Data publikacji: 2015-01-04 12:03:07
Odsłon: 1174
Dziennik zmian